JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Magazyn Motór prezentuje: Mercedes W115 Luftwaffe

50 805  
243   41  
Na ulicy wygląda jak pilot Messerschmitta, który wylądował, by kupić sobie fajki. Z tunerskiej wojny na rozmiar felgi czy błyszczący lakier zrezygnował jednak na samym starcie, bo, jak mówi, tuning zaczyna się dopiero, kiedy tniesz podłużnice.


Maras, Maruan, a klasycznie – Marek Sakowski. Na motórze jeździ od szóstego roku życia. Pierwszą przejażdżkę wspomina z uśmiechem: „Odkręciłem manetkę gazu i wyrwałem się ojcu”. Do dziś skutecznie ucieka przed szablonowością i sezonowymi trendami, czego przykładem jest jego Mercedes W115 Mark Royale.


W Polsce model znany głównie jako Kubuś, a na zachodzie Strich-Acht, w nawiązaniu do roku premiery (pierwsze egzemplarze opuściły fabrykę w 1968). Z bliźniaczym W114 różnił się jedynie silnikami. W historii marki ze Stuttgartu odznaczył się żywotnością, nowoczesnym zawieszeniem oraz wysokim komfortem jazdy. Jednak powody, dla których Marek kupił W115 są zdecydowanie bardziej romantyczne.


Wszystko zaczęło się w 2011 roku w Chorwacji podczas wakacyjnego tripu kamperami. „Spotkałem tam 115-tki stojące w krzakach, porzucone, całe w glonach. Od razu spodobała mi się linia tego samochodu – smutny z przodu, płaski bagażnik, szeroki: ale zajebiście wyglądałby na glebie!” – wspomina. Trzy miesiące po powrocie Kubuś stał już w jego garażu. Był czerwony, wyglądał przyzwoicie i jeździł jak normalny samochód. Niestety, trafił w okrutne ręce.
Podczas trwających dwa tygodnie monsunowych ulew nad Lublinem, Marek wziął się za rozbieranie, by z Mercedesa zrobić ładnego klasyka – przynajmniej takie były założenia. Droga ku temu nie była łatwa – podłoga miała 5 warstw, a karoseria sprawiała wrażenie napompowanej przez ogrom szpachli, która miejscami osiągała 2 cm grubości.


Wyglądał, jakby Michał Anioł zszedł na ziemię, aby go wyszpachlować

Po krótkim czasie ze 115-tki została goła buda i… niewiele więcej. Od tego momentu zaczęła się prawdziwa sztuka.
Cała komora silnika, fartuchy boczne, przegroda oraz podłoga zostały wymienione, a podłużnice solidnie przerobione. W celu zamontowania air ride’u Marek przemeblował także zawieszenie, sięgając po nieludzkie rozwiązania, jak np. amortyzatory od Seicento. Z karoserią było nieco więcej przypadku.


Kiedy wstawiał tylny błotnik, kolega zaproponował, żeby zostawił go bez lakieru. I tak zrobił. Później obdzierał lakier z innych elementów, ponieważ chciał dokładnie oczyścić Mercedesa z przeszłości. Wszystko za pomocą palnika i szpachelki. I widział, że to co stworzył, było dobre. Tak nastał dzień i poranek, kiedy to ktoś inny zaproponował, by zostawił także spawy i łaty. Tym razem również nie odmówił. Szkoda, że nikt nie podpowiedział mu, by dorobił skrzydła.


Bilans wygląda następująco: 18 miesięcy pracy, 15 metrów spawów i zniszczony garaż. „Ten samochód nauczył mnie spawać, ciąć blacharkę. Zrobiłem go własnymi rękami, używając jedynie młotka, imadła, palnika, spawarki i najtańszej szlifierki” – snuje dalej wspomnienia. I choć projekt zbiera nagrody na ważnych imprezach, Marek nie chowa go pod kocem. „Takie auta buduje się po to, żeby sprawiały przyjemność. To samochód, nie pomnik. Ma służyć do zabawy”. Nawet jeśli wygląda jak niemiecki samolot wojskowy.


Oglądany: 50805x | Komentarzy: 41 | Okejek: 243 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało