JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak powstawały "Gremliny", czyli odkurzamy kultowy hit sprzed 30 lat!

76 369  
350   45  
Dawno, dawno temu, kiedy w grudniu lepiło się bałwany, szczytem lansu był „Tetris” upchnięty w ustrojstwie o kłamliwej nazwie „9999 w 1”, a na MTV puszczano teledyski, każdy dzieciak, który chciał obejrzeć dobry film, musiał podreptać do wypożyczalni kaset VHS.


Większość z nas, dzięki temu właśnie nośnikowi poznała gremliny. Te kaprawe, uszate bestie, co to wyewoluowały z uroczych, puchatych stworków o uroku i aparycji Furby'ego całkiem niedawno skończyły 30 urodziny.
 

Kim jest gremlin?

W filmie Joe Dantego, gremlin w swojej pierwszej postaci to mogwai – misiaczkowaty słodziak, który wymaga bardzo specyficznej opieki. Nie można go, pod żadnym pozorem, wystawiać na promienie słoneczne, polewać wodą i nade wszystko – karmić po północy. Mokry mogwai będzie bowiem, hmmm… pączkował i z jego pleców wyrośnie kilka nowych stworków. To jeszcze pół biedy – gorzej, gdy te łakome istotki zdecydują się na spóźnioną kolację – wówczas, milutki potworek zamieni się w obleśnego, gremlina o morderczych zapędach…


Zanim Hollywood wzięło gremliny na warsztat, te podobne do skrzatów psotniki sprawiały już niemało kłopotów w… branży mechanicznej. To właśnie mechanicy regularnie zrzucali swoje fuszerki na te wyimaginowane, nie większe niż kufel piwa, potworki, co to wykorzystując ludzką nieuwagę, gmerały pod maską samochodu i niszczyły co tylko się da. Podczas II Wojny Światowej na gremliny narzekali zarówno piloci, jak i mechanicy odpowiedzialni za serwis samolotów.


W 1943 roku tymi psotnymi stworkami zainteresował się sam Walt Disney. Na jego życzenie napisano nawet książkę dla dzieci, która to miała być podstawą scenariusza do pełnometrażowej kreskówki. Ten nigdy jednak nie powstał. Po latach jednak publikacja a wpadła w ręce młodego reżysera – Joe Dantego, który właśnie dostał propozycję wyreżyserowania filmu o gremlinach.



Pierwotnie za kamerą miał zasiąść Tim Burton

Z całą pewnością Burton sprawiłby, że dzieciaki szczałyby po gaciach oglądając jego smutną niczym uśmiech Heleny Bonham Carter, gotycką wersję „Gremlinów”. Steven Spielberg – producent filmu, bardzo nalegał, aby to właśnie Tim stanął za kamerą tej produkcji.


Twórca "Gnijącej panny młodej" był wówczas na samym początku swej kariery i właśnie zrealizował krótkometrażową animację poklatkową pt. „Frankenweenie”. Takie połączenie grozy i komedii bardzo spodobało się Spielbergowi, jednak zatrudnienie niemającego zbyt dużego doświadczenia Burtona było dla wytwórni dość ryzykownym krokiem. Dlatego też wybór padł na Dantego.

Film miał być zdecydowanie bardziej krwawy

Dante już wtedy miał wizję swojego dzieła. Zarówno on, jak i Chris Columbus – scenarzysta „Gremlinów” chcieli, aby film był bliższy horrorowi niż komedii. W scenariuszu pojawiły się naprawdę mocne sceny, jak chociażby zjadanie żywcem psa przez gremliny, czy obcięcie głowy matce głównego bohatera i zrzucenie jej, niczym futbolowej piłki, ze schodów…


Dantemu przemówił jednak do rozsądku Steven Spielberg. Pewne granice musiały więc zostać postawione, aby na seans, oprócz dorosłych widzów, przyjść mogły i dzieciaki.
I tu pojawił się problem – nawet po usunięciu ze scenariusza szczególnie okrutnych scen, film nadal mógłby zostać oznaczony kategorią „R”, którą to sygnalizowała, że młodzież do lat 17 powinna oglądać tę produkcję pod czujnym okiem rodziców. Raczej nie można było liczyć na to, że ktoś się zlituje i da dziełu znaczek „PG” sugerujący, że film jest przeznaczony dla dzieciaków, a tylko niektóre sceny mogą być dla ich ocząt niewłaściwe…


Na szczęście z pomocą przyszedł Spielberg, który właśnie pracował nad druga częścią przygód Indiany Jonesa i też zastanawiał się co tu zrobić, aby jego produkcja nie trafiła pod ostre nożyce cenzorów. Reżyser zwrócił się więc do Amerykańskiego Stowarzyszenia Filmowego z propozycją stworzenia nowej, pośredniej, kategorii – PG-13. Dzięki temu pomysłowi nasze dziecięce oczy mogły później cieszyć się takimi łakociami jak „Goonies”, czy „Pogromcy duchów”.

Gizmo i człowiek o 10 000 głosów

Gremliny nie gadają zbyt dużo – głównie wydają z siebie różne dziwaczne, często dość obleśne, dźwięki. Twórcy uznali, że rezygnując z typowych dialogów dadzą też pole do popisu zagranicznym dystrybutorom ich dzieła, którzy zdecydują się na zdubbingowanie filmu.


W oryginale Gizmo przemawia głosem Howiego Mandela, kanadyjskiego komika, dziś bardziej nam znanego jako jurora „America's Got Talent”. Tymczasem cała reszta gremliniej ferajny uroczo beka, chrząka i rechocze dzięki Michaelowi Winslowowi. Tego amerykańskiego aktora kojarzycie pewnie z bardzo popularnej w latach 80. komediowej serii - „Akademia policyjna”, gdzie dał się poznać, jako artysta o wybitnym talencie do naśladowania różnych dźwięków. Sam zainteresowany mówi o sobie, jako o „człowieku o 10 tysiącach głosów”.


 

Co ma „Powrót do przyszłości” wspólnego z „Gremlinami”?

Oto Courthouse Square. To plan zdjęciowy znajdujący się na terenie Universal Studios. Zbudowany w latach 40. obiekt ma imitować archetypowe, amerykańskie miasteczko z typowymi dla niego zabudowaniami i ratuszem.


 

Miejsce to najbardziej rozpoznawalne jest jako centrum Hill Valley z „Powrotu do przyszłości”. Szczególnie to ucharakteryzowane na rok 1955.


Skoro jesteśmy przy roku 1955 to warto wspomnieć, że w tamtym czasie na planie Courthouse Square kręcono horror pt. „Tarantula”.


Później w tym samym „miasteczku” powstał film „Kto sieje wiatr” (1960) oraz „Zabić drozda” (1962).

Filmów, które realizowano w tym miejscu jest od groma. Po planie kręcił się nawet David Hasselhoff jako „Nieustraszony”, morderca Norman Bates w drugiej części „Psychozy”, jednooki Snake Plissken podczas „Ucieczki z Nowego Jorku”, Jim Carrey jako „Bruce Wszechmogący” czy Batman i Robin... w filmie „Batman i Robin”.


 
Courthouse Square kilkukrotnie już stanęło w ogniu. Pożary najczęściej doszczętnie trawiły wszystkie makiety, ale plan zawsze szybko zostawał odbudowany. W 1984 roku miasteczko zostało odpowiednio ucharakteryzowane (pokryto je sztucznym śniegiem) i stało się miejscem akcji „Gremlinów”. Gdy tylko ekipa zeszła z planu, ich miejsce zajęli filmowcy realizujący film o podróżującym w czasie DeLoreanie.

A gdyby tak główne role zagrały małpy?

Przed filmowcami stanęło nie lada wyzwanie. Trzeba było przecież stworzyć małą armię przekonująco wyglądających stworków! Joe Dante postanowił wykorzystać w filmie prawdziwe małpki. Sprowadzono więc kilka takich zwierzątek do studia. Szybko jednak okazało się, że pomysł ten jest wyjątkowo głupi. Małpy, którym założono na głowy maski gremlinów wpadały w panikę i ganiały na oślep po planie...


Ogromną część budżetu pochłonęło więc zbudowanie kilkudziesięciu kukieł, z czego spora ich część zaopatrzona była w mechaniczne szkielety. „Zabawki” te były tak drogie (ok. 50-65 tysięcy dolców za sztukę!), że wytwórnia kazała obecnej na planie ochronie przeszukiwać bagażnik każdego samochodu należącego do ekipy – to na wypadek, gdyby któryś z filmowców połasił się na jeden z tych cennych rekwizytów.


 

 

Fuck Gizmo!

Największy problem sprawiał Gizmo. Kukiełki tego stworka padły ofiarą jakiejś klątwy (albo w ich mechanizmach dłubały gremliny;)), bo sukinot ciągle się psuł lub zacinał, przez co kolejne ujęcia szlag trafiał.


Cała ekipa nie marzyła o niczym innym, jak roztrzaskanie temu małemu padalcowi łba. Niejeden też chciał strzelić z liścia producentowi... To Spielberg wpadł bowiem na pomysł wprowadzenia zmiany w scenariuszu. Pierwotnie, Gizmo miał ewoluować do postaci Stripe'a – głównego, gremlinowego antagonisty! Reżyser „E.T.” doszedł jednak do wniosku, że widzowie będą chcieli oglądać jak najwięcej popisów Gizma i że nie należy zamieniać go w szkaradnego potwora.



Aby nieco rozluźnić napięcie panujące na planie, do filmu dołączono dodatkową scenę, w której gremliny wieszają puchatego bohatera na ścianie, a następnie ciskają w niego rzutkami do darta… Ta tortura znalazła się wśród setek innych na stworzonej przez sfrustrowanych filmowców liście o nazwie „Okrutne rzeczy, które należy zrobić z Gizmo”.


 

Pierwotnie „Gremliny” miały być filmem świątecznym

Produkcja realizowana była z myślą o premierze w okresie Bożego Narodzenia. Mimo że akcja filmu jest bardzo świąteczna, a cała scenografia pokryta została grubą warstwą sztucznego śniegu i przystrojonymi choinkami, wytwórnia w ostatniej chwili zdecydowała się wstrzymać premierę. Grube ryby z Warner Brothers zdały sobie bowiem sprawę, że brakuje im porządnego blockbustera na lato. A konkurencja przecież nie spała i trzeba było godnie stanąć do walki o widzów, którzy to mieli szturmować kina wyświetlające „Pogromców Duchów” oraz „Indianę Jonesa i świątynię zagłady”!


To było dobre posunięcie. „Gremliny” stały się czwartym najlepiej zarabiającym filmem roku 1984. Sukces filmu zaowocował nakręceniem kolejnej, całkiem udanej, części. Powstanie następnych odsłon przygód Gizma było więc tylko kwestią czasu. Tymczasem minęło ćwierć wieku i wszyscy zdążyliśmy dorosnąć (niektórzy nawet za bardzo), a gremlinów ani widu, ani słychu… Zamiast tego śledziliśmy nieco bardziej hardkorową serię - „Crittersy”.


Okazuje się jednak, że nadejdzie dzień, w którym znów na ekranach zobaczymy uszatych oprawców. Mimo że film niewątpliwie powstanie, zapał kinomanów studzi sam scenarzysta – Chris Columbus:
„Myślę, że nie da się ożywić gremlinów w środowisku CGI. Przez taki rodzaj technologii stracą one sporo ze swojego uroku. To była taka popieprzona wersja Muppetów. Szkoda by było stracić to wrażenie absolutnej anarchii, kiedy to poza okiem kamery kryje się 25 lalkarzy przywołujących gremliny do życia!”


Oglądany: 76369x | Komentarzy: 45 | Okejek: 350 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało