JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Amerykańscy żołnierze upokorzeni gdzieś na zadupiu Norwegii

163 987  
819   77  
Żołnierze amerykańskiej piechoty morskiej słyną jako twardziele nielękający się żadnych wyzwań. Ale ta grupa marines nie była gotowa na przeciwnika, jakiego spotkali w czasie manewrów w Norwegii, najgorszego, bezlitosnego przeciwnika, na którego nie ma mocnych...


Na tę historię natrafiliśmy na 9gagu. Marines brali udział w grze wojennej zorganizowanej w Trondheim w Norwegii, a wraz z nimi sojusznicy z innych krajów NATO, między innymi Duńczycy, Niemcy itd. Ćwiczenia dotyczyły walki w mieście, ale nie obejmowały starć ogniowych, nawet symulowanych. Głównie ćwiczenia sztabowe, a dla żołnierzy manewrowanie i taktyka miejska.

Żołnierze mieszkali w namiotach rozstawionych na boisku jednej ze szkół podstawowych. Mimo że były to ćwiczenia w mieście, obowiązywały zasady jak na poligonie czy polu walki - żołnierze poruszali się w pełnym bojowym wyposażeniu i zawsze z bronią. Dodać należy, że wszystko to się wydarzyło w lutym... W Norwegii... Mówiąc ogólnie, upał zelżał. Leżący na ziemi śnieg sięgał do kolan. Dla niektórych Amerykanów mogło być to pewnym zaskoczeniem, ale w Norwegii nie ma zwyczaju odwoływania zajęć ze względu na opady śniegu, więc w czasie gdy żołnierze marzli w namiotach, dzieci normalnie chodziły do szkoły.

Amerykanie odkryli pewien norweski przysmak, w którym od razu się zakochali. Trudno powiedzieć, jak ten wynalazek się nazywał, ale najważniejsze, że była to parówka owinięta boczkiem, więc dla uproszczenia komunikacji zostało to nazwane cukierkiem boga. Oczywiście Amerykanie, wielbiący boczek ponad wszystko, natychmiast się uzależnili od cukierków boga i wszędzie, gdzie tylko się pojawili poszukiwali miejsc, gdzie można je kupić. Jednym z takich punktów była stacja benzynowa naprzeciw szkoły.

Bohater tego opowiadania wraz z kilkoma kolegami poprosił o pozwolenie na udanie się po przysmak i wspólnie wyruszyli w - zdawałoby się - prostą drogę. Wracając, prawie dotarli do głównego wejścia do szkoły, kiedy otworzyły się drzwi i wyszło tylko kilkoro dzieci, tak na oko po 6-7 lat. Rozmawiały, śmiały się, wygłupiały, przedrzeźniały żołnierzy ubranych w stroje maskujące, udając dźwięki wystrzałów. Żołnierze odwzajemniali się, również wydając dźwięki strzałów.



I w pewnym momencie... Ktoś z grupy żołnierzy wpadł na "świetny" pomysł. Naprędce ulepił śnieżkę i od niechcenia rzucił nią, trafiając dziewczynkę w nogę... I to otworzyło bramy norweskiego piekła dla Amerykanów... Nastąpił nieopisany wrzask, z hukiem otworzyły się drzwi szkoły i wypadła przez nie cała chmara drących się dzieciaków. Wyglądało to jak atak sięgających do pasa zombie, prawdziwa ludzka, niepowstrzymana fala. Śmiały się, skakały, biegały... Tak, w śniegu po kolana (dla dorosłego faceta) biegały jakby były na lekkoatletycznej bieżni, i równocześnie z tym wszystkim odpowiadały ogniem ze śnieżnych kulek szybciej, niż wydawałoby się to możliwe.

Stanie po złej stronie gradu śnieżek przypominało trochę jazdę samochodem przez śnieżycę, z otwartym oknem i głową wystawioną na zewnątrz. Tylko trafiające w głowę płatki śniegu były twardymi, z dużą wprawą ubitymi śnieżkami wielkości pięści. Żołnierze nic nie widzieli przez deszcz śnieżek, a w swoich obszernych, niewygodnych strojach nie byli w stanie biegać, ledwo mogli złapać oddech.

Żołnierze próbowali odpowiedzieć "ogniem", ale udało im się rzucić może dwie czy trzy byle jak zlepione śnieżki, które nie przeleciały nawet połowy dystansu i rozpadały się w locie. Mundurowi pochodzili z Texasu, a ich jednostka stacjonowała w Północnej Karolinie, czyli nie mieli zbyt dużego doświadczenia w zimowych zmaganiach. Dzieci miały przewagę liczebności, doświadczenia i zaskoczenia. Do tego dla nich to była po prostu świetna zabawa, przy której pękały ze śmiechu. Żołnierze wpadli w panikę, ich miasteczko namiotowe i wsparcie znajdowało się za szkołą, więc byli kompletnie odcięci. Próbowali oskrzydlić napastników, ale maluchy reagowały zbyt szybko.

Żołnierze, ślizgając się na śniegu w swoich kombinezonach, przypominali bardziej Teletubisie tańczące moonwalka. Olać taktykę, olać kumpli, olać cukierki boga, liczy się przeżycie! W każdym stadzie jest najwolniejszy osobnik, w ich "biegu" do bezpiecznego obozu był nim nasz bohater. Pozostawiony sam na pastwę rozszalałej dziatwy.

Kiedy upadł, próbował jedynie naciągnąć na głowę kaptur i jak najlepiej się osłonić, ale przed tą szarańczą nie było ratunku. W czasie szarpaniny spadł mu but, który natychmiast wylądował w jednym z krzaków. Mimo krzyków i błagań ofiary dzieci były bezlitosne - albo nic nie rozumiały, albo dały się ponieść krwi wikingów płynącej w ich żyłach. Przygwoździły go do gleby, każdą z kończyn zajęło się pięcioro dzieci. Natychmiast zerwały mu rękawice i cisnęły na najbliższe drzewo. A następnie przez nogawki i rękawy zaczęły napełniać jego kombinezon śniegiem.
Wrzucił wam ktoś kiedyś kostkę lodu za kołnierz? To wyobraźcie sobie kilka worków lodu pod całym ubraniem. Trudno złapać oddech.

Zostawiły go leżącego jak jakaś ofiara wypadku samochodowego z kreskówki. Wstrząsanego dreszczami, jęczącego i krzyczącego z zimna. Karabin do pełna nabity śniegiem i błotem, but gdzieś poza zasięgiem wzroku, rękawice zwisające z gałęzi i oddalające się w podskokach wesołe dzieciaczki...

Oglądany: 163987x | Komentarzy: 77 | Okejek: 819 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało