JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
...BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Używki, których całkiem legalnie spróbujesz w Peru

93 239  
463   104  
Peru to kraj, który co roku odwiedzany jest przez niezliczone rzesze turystów. Większość z nich niezbyt wiele wie o tym kraju, poza faktem, że to tam jest Machu Picchu - najlepsze miejsce do cyknięcia sobie malowniczej samojebki z lamą w tle.


Mało kto jednak wie, że Peru to jedno ze światowych centrów bardzo specyficznego typu turystyki. Tylko tam można pod czujną opieką Pachamamy zakosztować w narkotycznych wojażach.

Nie spędzisz nocy na dołku za gram trawki

W Peru targowanie się nie jest opcjonalne. To absolutna reguła, jeśli nie chcesz szybko stracić swego majątku. A najlepsze jest to, że robić to trzeba dosłownie wszędzie. Legalnie wyruch#ny możesz zostać nawet w muzeum, gdzie turyści za wstęp muszą wypluć czasem i dwukrotnie więcej hajsu niż miejscowi. Nawet i tam przy odrobinie dobrych chęci da się jednak przekonać panią, że jesteśmy Peruwiańczykami z dziada pradziada… Targować się też musisz z ulicznymi dilerami, których od ostatnich lat wybitnie się namnożyło, szczególnie w nadmorskich miasteczkach, do których zjeżdżają hippisi i miłośnicy surfingu. Za równowartość 20 złotych nabyć można taką ilość suszu, że polski diler dostałby zawału. A i kilka razy spotkałem nieco wychudłe panny w dredach sprzedające ciasteczka z wiadomym wkładem.

- Chcesz magiczne ciasteczko?
- A co ono w sobie ma?
- Magię.


Pozorna wolność i przyzwolenie na palenie marihuany to efekt niedawnej depenalizacji tej rośliny. Od kilku lat policja nie zajmuje sobie głowy obywatelami posiadającymi przy sobie mniej niż osiem gramów narkotyku.

Kokaina w Peru – co musisz wiedzieć

Nie będę was oszukiwał – Peru to kraj, w którym kwitnie narkoturystyka. I trudno się dziwić - w tym miejscu wszystkie naturalne dragi, które można kupić w Europie są nie tylko wielokrotnie tańsze, ale także i nieporównywalnie czystsze. Najlepszym przykładem jest tu chociażby kokaina – narkotyk, z którym władza bezskutecznie walczy od dekad.


Niestety, jest to wojna z góry przegrana. Ciągłe uganianie się za kokainowymi książętami, wyrabiającymi swój towar w prymitywnych, ukrytych w puszczy fabrykach, nie przynosi rezultatów, a jeszcze do niedawna więzienia pękały w szwach od zatrzymanych miłośników białego proszku. Dlatego też to samo prawo, które zdepenalizowało posiadanie niewielkich ilości marihuany, za jednym zamachem ułatwiło też życie amatorom kokainy. Można posiadać przy sobie 2 gramy tej substancji lub 5 gramów tzw. pasty (o której za moment).


Czysta, dobrej jakości kokaina daje bardzo cenne doznania. Podczas pierwszych podróży do Peru zawsze pełen podziwu byłem dla moich znajomych, którzy potrafili pochłonąć morze rumu z colą i nie paść na twarz. Imprezy czasem ciągnęły się i dwa dni, a ja już wymiękałem po pierwszych kilku godzinach. Dopiero potem zorientowałem się, że koka jest nieodłącznym kompanem pijących biesiadników. Narkotyk ten z jednej strony zwiększa pewność siebie i sprawia, że rozplątuje się nam język, z drugiej zaś strony – w mig otrzeźwia i daje złudzenie, że wszystko z nami OK i że możemy wlać w siebie kolejne dzbany alkoholu. Fajnie, prawda? Nie do końca. Kiedy kokaina przestaje działać, czekać na ciebie będzie okrutny, bolesny kac i bezlitosna bezsenność.

Pasta – na to gówno uważaj!

Pasta jest jednym z najpopularniejszych narkotyków w Peru. To głównie zasługa bardzo niskiej ceny tej substancji. Czym jest ta używka? W skrócie - brudną kokainą. Podczas kolejnych etapów produkcji tego narkotyku pozostaje sporo zanieczyszczonych odpadów, które to po wzmocnieniu np. chloroformem trafiają na ulice południowoamerykańskich miast. Ta peruwiańska wersja cracku często nazywana jest „comehombres”, czyli pożeraczem ludzi. I faktycznie – osoby uzależnione od tego dragu wyglądają niczym zombie. Proces transformacji zdrowego człowieka w zapadnięte, owrzodzone chuchro trwa czasem zaledwie kilka miesięcy, a wyjść z tego nałogu jest bardzo trudno. Pasta de cocaina najczęściej palona jest ze szklanych fajeczek albo w formie skrętów z domieszką tytoniu.


Od tego świństwa radzę trzymać się z daleka. Zresztą za dobrą antyreklamę pasty służą rzucający się w oczy narkomani, których po zmroku często zobaczyć można na ulicach peruwiańskich miast.

Ale kokę to ty szanuj!

Najlepszą, moim zdaniem, formą przyjmowania koki jest ta praktykowana przez obywateli imperium Inków od tysięcy lat. W Andach, gdzie na dużych wysokościach powietrze jest rozrzedzone, po kokę sięgają praktycznie wszyscy mieszkańcy małych miasteczek i wiosek. Liście tej rośliny żute są razem z llipitą – to taka gliniasta masa, w skład której wchodzi limonka, a także spopielona komosa ryżowa i amarantus. Ten mały dodatek ma kolosalne znaczenie. Aktywuje on alkaloidy zawarte w koce, kilkukrotnie zwiększając jej moc.
O jakiej mocy mówimy? Przede wszystkim koka ułatwia oddychanie na dużych wysokościach, daje potężny zastrzyk energii oraz skutecznie niweluje uczucie głodu. Dzięki temu andyjscy rolnicy, którzy od dobrych 8 tysięcy lat korzystają z pomocy tej „świętej rośliny” mogą pracować w nawet najcięższych warunkach.


Liście roślinki zwanej krasnodrzewem pospolitym można też zaparzyć sobie niczym herbatę. Efekt jest wówczas bardzo lekko pobudzający, ale tę metodę przyjmowania koki poleca się turystom cierpiącym na chorobę wysokościową.

Ayahuasca – uwaga na szamańskich gwałcicieli!

O „pnączu duszy” przeczytać sobie możecie tutaj.
Ogromny popyt na ten psychodelik sprawił, że takie amazońskie miasta, jak Pucallpa, Iquitos czy Tarapoto pełne są zarówno białoskórych poszukiwaczy wrażeń, jak i osób podających się za zawodowych szamanów. Mimo że Ayahuasca jest substancją całkowicie legalną, to trzeba bardzo uważać w czyim towarzystwie się ją przyjmuje. Niejeden turysta przypłacił swoją naiwność ogołoconym plecakiem, a w skrajnych przypadkach - bolącym tyłkiem. Co i rusz bowiem pojawiają się doniesienia o „szamanach”, którzy bardzo oryginalnie wykorzystują chwilowy stan fizycznej niemocy uczestniczek ayahuascowych ceremonii.
Szukając odpowiedniego curandero zawsze warto zasięgnąć języka i bez pośpiechu wybrać sprawdzonego maestro.

Rape – amazońska tabaka

Nazwa wiele obiecuje, ale niestety ten wynalazek nie ma nic wspólnego z rekreacyjnymi gwałtami. Rape to kolejna używka wywodząca się z amazońskiej puszczy. To mieszanka wysuszonych, sproszkowanych ziół oraz kory z odpowiednich drzew. Całość uzupełnia potężna ilość tabaki z amazońskiej machorki – tytoniu zawierającego nawet do 20 razy więcej nikotyny niż ten, który na co dzień palimy w papierosach. Wierzy się, że tytoń ten (zwany przez Peruwiańczyków „mapacho”) ma właściwości oczyszczające zarówno fizycznie, jak i duchowo. Żadna szamańska ceremonia nie może obyć się bez grubych skrętów z tej rośliny.
Tymczasem rape, czyli taka amazońska tabaka, wykorzystywana jest przez niektóre plemiona głównie przed polowaniami. Zaaplikowanie sobie tego proszku gwarantuje myśliwemu spokój umysłu, pełne skupienie i zastrzyk odwagi.


Do przyjęcia rape używa się specjalnych, drewnianych rurek, przez które proszek wdmuchiwany jest do nosa „pacjenta”. Doświadczenie to jest jedyne w swoim rodzaju. Można dosłownie posr#ć się z bólu, szczególnie jeśli to nasz pierwszy kontakt z jakąkolwiek formą tabaki aplikowanej do kichawy. Uczucie po przyjęciu rape przywołuje na myśl setki ostrych igieł wbijających się naraz w mózg. Faktycznie – po takim gwałcie przez nos człowiek czuje się wybitnie wręcz pobudzony.

Meskalina, czyli kaktusowy oscypek z gór

Hiszpańscy konkwistadorzy mieli nie lada problem z andyjskimi plemionami, które rytualnie piły napój z wygotowanego kaktusa San Pedro (Trichocereus pachanoi). Podczas tych pogańskich ceremonii uczestnicy dostawali silnych wizji i wrażenia obcowania z duchowymi bytami. Za efektem takiego działania kaktusa stoi meskalina – legendarny psychodelik, często stawiany na równi z psylocybiną czy LSD.


Kaktusowy napitek ma dla mieszkańców Andów podobne znaczenie co Ayahuasca dla amazońskich plemion. Na północy Peru do dziś spotkać można szamanów, którzy stosują tę substancję, zgodnie z dawnymi zwyczajami. No, może tylko trochę przeplecionymi chrześcijańskimi nitkami. Na ceremonialnych stołach zawsze sporo jest wizerunków katolickich świętych (prym wiedzie Santisima Virgen, czyli Matka Boska), sporo też krucyfiksów, a nawet hiszpańskich szpad, które parę stuleci temu krzewiły dobrą nowinę wśród tamtejszych plemion. Dawniej substancja ta znana była pod nazwą Huachuma, jednak podczas trwania hiszpańskich zbrodni w imię Pana, górskie ludy nadały kaktusowi nazwę San Pedro. Święty Piotr to przecież ten gość, co trzyma klucz do bram raju, czyż nie?


Parę godzin drogi od miasteczka Huancabmba, na wysokości ponad 5 tys. metrów nad poziomem morza, znajdują się święte dla andyjskich społeczności laguny. Kąpiel w nich, poprzedzona wciągnięciem do nosa tytoniowego wywaru, to zarówno remedium na wszelkie dolegliwości, jak i przygotowanie do ceremonii San Pedro.

Jako że większość turystów kieruje się jednak nieco bardziej na południe, w okolicy Cuzco również można wziąć udział w tym całkiem legalnym procederze przyjmowania silnych psychodelików. Do wyboru, do koloru – tam tradycja dopasowuje się do klientów. Można pić meskalinę w obrządku utrzymanym w klimacie buddyjskim albo wziąć udział w rytuale, gdzie miejsce szamana zajmuje psy-transowy DJ.


Kambo

I na koniec znowu wracamy do dżungli. A konkretnie do położonego bardzo głęboko w puszczy rezerwatu plemienia Matses. Indianie ci korzystają z dość oryginalnej techniki „szczepień”. Mowa tu o Kambo – czyli zwyczajowym faszerowaniu się jadem pewnej żaby (Phyllomedusa bicolor).


Zwierzątko jest łapane, przywiązywane za nóżki do wbitych w ziemię kawałków drewna, a następnie za pomocą patyczka zeskrobuje się z tego mocno wkurwionego płaza produkowaną przez niego wydzielinę. Zanim „szczepionka” zostanie zaaplikowana, za pomocą rozgrzanego kijka wypala się w skórze pacjenta kilka małych dziurek, do których to następnie aplikuje się truciznę.
Matses wierzą, że taki zabieg pozwala pozbyć się „panemy”, czyli braku szczęścia i złej aury. Przy okazji też twierdzą, że żabia wydzielina jest zapewniającym odporność lekarstwem.


Każdy racjonalnie myślący gringo popukałby się w czoło i wyśmiał tę barbarzyńską praktykę. Tymczasem często jest tak, że nauka potwierdza rewelacje plemion, co to stosują dane „lekarstwo” od tysięcy lat! Okazuje się, że w jadzie żabki obecne są deltorfina i dermorfina – opioidy wielokrotnie silniejsze niż morfina. Oprócz tego jest też tam cały zestaw ciekawych substancji zarówno o właściwościach antybiotycznych, jak i wzmacniających działanie systemu immunologicznego.

I to by było póki co na tyle. Zdaję sobie sprawę, że to, co opisałem to tylko wierzchołek góry lodowej, ale od czegoś trzeba przecież zacząć...:)

Oglądany: 93239x | Komentarzy: 104 | Okejek: 463 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało