Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Niespodziewany sukces polskiej piłkarskiej myśli szkoleniowej na Tajwanie

56 927  
664   36  
Zdradzieckie_sandały pisze: Szybkie tło historii: kończę studia, wpadam na pomysł wyjechania na wolontariat, trafia się pozycja nauczyciela angielskiego na Tajwanie, biorę. Bronię dyplom i cztery dni później lecę na Formosę. Trafiam do centrum kraju, prowincji Nantou, jedynej bez dostępu do oceanu/morza, górskiej i raczej zacofanej w stosunku do reszty wyspy.


Mieszkam w kilku aborygeńskich (tak, na Tajwanie żyją Aborygeni, trafili tam kilkaset lat wcześniej niż Chińczycy, przez których zresztą zostali podczas późniejszych wojen wypędzeni wysoko w góry, gdzie do dziś dzień żyją w swoich grupach) wioskach, w środku dżungli.

To nie jest historia o uczeniu angielskiego, to nie jest historia o tym, że włosy na rękach były dla nich równie dziwne jak druga głowa, to historia polskiej piłkarskiej myśli szkoleniowej, ( ͡° ͜ʖ ͡°) która podbiła Tajwan.

Oni uznają dwa sporty, koszykówkę oraz baseball. W roku 2011 miało się to zmienić. Minister sportu rozporządził, że w szkołach zacznie się ćwiczyć piłkę nożną, a podsumowaniem ich starań będzie ogólnokrajowy turniej piłkarski dla wszystkich szkół.

Dyrektor mojej podstawówki na cotygodniowym zebraniu dla nauczycieli:

D: Wy tam w Polsce gracie w piłkę?
Ja: Oczywiście, to nasz narodowy sport ( ͡º ͜ʖ͡º)
D: Będziesz trenerem naszej drużyny.
Ja: Piłkarskiej?
D: Musimy wygrać ten turniej.

Ostatnie jego zdanie było standardowo pół żartem, pół serio. Jak 90% nauczycieli w aborygeńskich szkołach był z pochodzenia Chińczykiem, a oni mają (im wyżej są już w strukturze) gigantyczne ciśnienie na bycie szanowanym, wygrywanie i udowadnianie wszystkim, że są lepsi.

Zaczyna się historia, trochę filmowa, trochę komedia, historia Dawida z Goliatem

Moja szkoła w sześciu klasach liczy 48 uczniów. Mamy wystawić dwa składy, jeden w turnieju klas czwartych i jeden dla szóstoklasistów.

Drużyna musi mieć minimalnie pięciu zawodników, w klasie czwartej jest czterech uczniów... w klasie szóstej na szczęście sześciu.
Musimy też mieć ławkę rezerwowych... Do drużyny muszą zostać włączeni uczniowie z niższych klas (wiadomo, do czwartej ci z trzeciej, do szóstej ci z piątej). W ich wieku różnice są widoczne, fizycznie jak i psychicznie. Źle to widzę.

Mamy jedną piłkę do trenowania, z coca-coli, na początku mnie to bawiło, ale była wytrzymalsza niż to polskie gówno Tango.

Rozpoczyna się żmudny proces przygotowywania ich do turnieju.

Aborygeni mają jedną cechę, której nie mają chińscy Tajwańczycy, to są twarde skurwesyny. Zarówno dorośli, jak i dzieci.
Lata mieszkania na prowincji, ciężka praca fizyczna, coroczne tajfuny, że tak powiem - nie pieprzą się za bardzo.

Biegają dzieciaki po boisku, wywracają się, zdzierają na betonie nogi, wstają i biegną dalej, nie pamiętam, żebym widział jak któreś z dzieci płakało. Jednemu chłopakowi, nazwijmy go Krystian (w głowie każdego z nich nazywałem imieniem polskim albo jakąś ksywką, bo nie sposób było spamiętać ich wszystkich podobnie brzmiących trzysylabowych imion, zazwyczaj jak jeden przypominał mojego kolegę z dzieciństwa Roberta, to był nazwany Robertem) umarł ojciec, po prostu się zapił na śmierć, bo wśród Aborygenów patologia i alkoholizm są na porządku dziennym. Alkohol albo lawina błotna, dwie główne przyczyny ich śmierci. Co chcę powiedzieć, Krystian wydukał po chińsko-angielsku, że nie będzie go dziś w szkole później, pytam go czemu. Przejechał tylko palcem po szyi i powiedział "tata" i poszedł w swoją drogę jakby nigdy nic, następnego dnia śmiał się i biegał z kolegami. Dziesięciolatek.

Więc mam tych twardych małolatów, którzy mimo że pracuję z nimi już prawie dwa miesiące, nie za bardzo mnie szanują lub słuchają, Nie mogę ich opieprzyć, bo nie znam chińskiego, nie zwrócę im uwagi, bo nie rozumieją angielskiego w stopniu komunikatywnym. Trzeba coś wymyślić. Szybki przegląd w głowie filmów hollywoodzkich z trudną młodzieżą, filmów o rozwoju drużyny i ciężkiej pracy w celu osiągnięciu celu.

Doszedłem do wniosku, że wystarczy sobie zaskarbić szacunek ich przywódcy w 6 klasie i będzie z górki... Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Szybciej niż myślałem nadarzyła się okazja. Podczas przerwy rzucaliśmy do kosza piłką, oczywiście śmieszkowałem trochę miedzy nimi, żeby się nie wstydziły białego diabła, nie było trudno wygrać z każdym z nich 1 na 1 w kosza i trochę ich prowokowałem po kolejnych czapach i punktach, herszt szkoły ciężko to znosił i krzyknął do mnie: "NI PIGU", słyszałem to już wcześniej i wiedziałem, że to znaczy, że jestem gównem. Zapamiętałem to. Kojarzyłem również jak wygląda jego matka, bo często odprowadzała jego i jego brata do szkoły. Po zajęciach poprosiłem dyrektora, żeby podszedł na chwilę ze mną do tej matki. Młody to zobaczył i zbladł. Patrzę na niego moją najpoważniejszą miną i macham ręką, żeby podszedł do naszej trójki. Idzie jak na skazanie. Proszę dyrektora, żeby coś dla mnie przełożył z angielskiego na chiński, bo ta kobieta ni słowa nie rozumie. I mówię coś w stylu (Gangster Paradise): "Chciałem pani powiedzieć, że pani syn jest jednym z moich najlepszych uczniów, naprawdę mówi bardzo dobrze po angielsku i szybko się uczy, uważam go za bardzo miłego i grzecznego". W miarę jak dyrektor tłumaczył jej to na chiński, mina młodego zmieniała się nie do poznania, ostatecznie puściłem mu oczko, a on nadal nie wiedząc co się stało poszedł do domu. Od tamtej pory jak prowadziłem trening, a ktoś mnie nie słuchał, młody wjeżdżał w niego z mordą i był spokój.

Rozpoczynamy prawdziwy trening.

Oni nigdy nie grali w piłkę, więc pracujemy na pustej karcie zawodnika ( ͡° ͜ʖ ͡°) musimy nauczyć się podstaw, do czego służą linie boczne, jak kopać piłkę i co to jest gol, wiem, że brzmi śmiesznie, ale to nie jest jak w Polsce, że dziecko od małego ma większy lub mniejszy kontakt z piłką, oni nie mieli żadnego.

Człańcio, człańcio, to było moje ulubione chińskie słowo, bo znaczyło podaj, od dziecka preferowałem grę bez piłki i jak największą ilość podań, pewnie dlatego, że byłem gruby i wolny ( ͡° ͜ʖ ͡°) tak mi zostało do dziś i starałem się ich nauczyć gry zespołowej i wybić z głów bieganie w sześciu do jednej piłki. Trzy miesiące wałkowałem im, że mają stać na boisku w formacji diamentu, obrońców musiałem trzymać rękami czasem, żeby nie wychodzili za połowę, nauczyłem ich przepychać przeciwników pod polem karnym przy rożnych i wykopywać piłkę z naszej połowy najdalej jak się da. Jak już mówiłem, uczyłem ich prawdziwej polskiej myśli szkoleniowej.

Oni podchodzili do tego trochę jak do zabawy, ja nie... Po stracie gola drużyna musiała pompować, myśleli, że żartuję, mylili się, wydarłem się i gwizdnąłem, 10 pompek. Byli zdziwieni, bo nikt im nigdy nic za karę nie kazał robić, a już szczególnie na WF-ie, jak już mówiłem to była trochę patologiczna mieścina i w szkole podchodzili do nich "a, i tak zostaniecie farmerami" (dziecko mówiło, że mu się nie chce uczyć, bo jest głodne i siedziało w kącie samo). Na początku śmiali się z pompek, po czterech seriach zaczęli się wkurzać i krzyczeć na tych, którzy się na starali na meczu, musiałem im pokazać, że piłka nożna to nie zabawa ( ͡º ͜ʖ͡º) Mieli przeprowadzać akcję dwóch na jednego, na mnie. Jeżeli zgubią piłkę, ja przejmę ich podanie albo nie strzelą - pompują, jeżeli zdobędą gola, to ja pompuję. Ta na nich podziałało jak woda na młyn, były dni, że wracałem mokry z treningu.

Ćwiczenia co drugi dzień, strzelanie, podawanie, ustawienie i tak w kółko, więcej nie potrzebują i na pewno się nie nauczą, tak przynajmniej myślałem.

Na kilka dni przed turniejem w mieście wojewódzkim przychodzi do mnie nauczyciel WF-u i mówi, że Pączek będzie w zespole klas szóstych ( ͡° ͜ʖ ͡°) to było najgrubsze dziecko w całej wiosce, córka kucharki, ona ważyła grubo ponad 70 kg przy wzroście może ze 140 cm). Muszę nadmienić, że Pączek w czasie treningów stała na środku boiska i jadła batonika, nie widziałem, żeby kiedyś biegała, więc automatycznie nie pasowała mi do koncepcji. Dodatkowo gdyby ona jechała, to zajęłaby miejsce Krystiana, ponieważ WF-ista uważał, że on jest tylko rezerwowym z piątej klasy i się nie nadaje. Fakt, był malutki, bo nawet niektórzy trzecioklasiści byli od niego więksi, to jednak czułem do niego sympatię, zwłaszcza że zawsze starał się najbardziej i nie wiem czemu trochę widziałem w nim samego siebie. Powiedziałem dyrektorowi i WF-iście, że ja jestem trenerem i chcę jego. Nie wszyscy byli przekonani, szczególnie szóstoklasiści którzy woleli wbrew logice wziąć grubszą swoją koleżankę z klasy niż młodszego pokurcza, zaczęli marudzić. Musiałem to jakoś rozwiązać...

Najprostszy sposób, zarządziłem pojedynek 1 na 1, oczywiście nie chodziło o walkę kategorii ciężkiej kontra papierowa. Pojedynek umiejętności piłkarskich, które ja wybiorę, kto wygra jedzie, pasuje wam? Szóstoklasiści się zgodzili.

Pierwsza konkurencja, rzuty karne. Wiedziałem, że Pączek jest strasznym drewnem i nie ma opcji, że wygra tę konkurencję, okazało się, że strzały z kapy siały postrach, ale Krystek dzielnie je przyjmował na całe ciało, w odpowiedzi posyłał strzały po ziemi, do których ona nie potrafiła się schylić. 1:0

Druga konkurencja, podania do celu. Nie wiem do dziś jak ona to trafiła, pewnie ona samego tego też nie wie, ale udało jej się zaliczyć więcej celnych podań i zrobiło się 1:1, byłem pewien, że po ten konkurencji nie będzie dyskusji kto jedzie, a zrobiło się gorąco. Oczywiście nie mogłem pokazać, że faworyzuję Krystiana, uczciwość przede wszystkim...

Dlatego na ostatnią i decydującą konkurencję wybrałem... sprint na 60 m ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Mały był na mecie, jak ona jeszcze uwalniała się z bloków startowych.
Moja decyzja, że jedzie on wygrała i nie było już żadnego sprzeciwu od członków drużyny.

TURNIEJ

Przyjeżdżamy do Nantou City, stolicy województwa, pierwszy dzień to faza grupowa klas czwartych.
Przybywamy jako ostatnia drużyna, wszyscy na nas patrzą. Aborygeni przyjechali ze wsi, bez strojów piłkarskich, bo nie stać szkoły, w zwykłych obdartych dresach z narzuconymi znacznikami, z jedną piłką i białym trenerem ubranym w czarną koszulę i krawat. Krótka gadka motywacyjna, wybór pierwszej piątki i gramy pierwszy mecz ze szkołą, która liczy ponad 800 uczniów.

Mecz nerwowy, głupie błędy, dzieciaki straciły głowę, do połowy jest 2:2. Drużyna przeciwna ma strasznie grubego obrońcę, który wykopuje wszystkie piłki podczas naszych akcji. W drugiej połowie dalej chaotycznie, zmieniam taktykę i mówię do naszego najlepszego zawodnika Liama moim łamanym chińskim "ON GRUBY, TY KIWAĆ". Pisałem już, że skupiłem się żeby uczyć ich podawać i strzelać, oni sami miedzy sobą po szkole ćwiczyli kiwanie się (obserwowali mnie jak ich kręciłem z piłką i co prawda pokracznie, ale próbowali jakichś rajdów i kiwek). W drugiej połowie panuje już zupełny chaos, dziewięciu zawodników biegnie do jednej piłki, nikt nie słucha trenerów. Piłka po jakimś rykoszecie ląduje na środku, przejmuje ją Liam i biegnie na bramkę, ma przed sobą tylko tego grubasa (gra się na metrowe bramki bez bramkarzy). Biegnę wzdłuż linii i krzyczę "Pike! Pike!" - KIWAJ! KIWAJ! Przysięgam, on robi balans na prawą nogę i go objeżdża dookoła z piłką, po czym trochę się wyrzuca pod linię bramkową, ale z kąta prawie zero stopni strzela bramkę, kurna, ja tam na linii szaleję (moim największym sukcesem było wicemistrzostwo Śląska w piłce ręcznej w gimnazjum, ale tak się nie cieszyłem po żadnej mojej bramce).

Przy wyniku 3:2 ustawiam 5-0-0 i każę im wybijać piłki za boisko. Spokojnie dowozimy wynik i jest niespodzianka, czarny koń ma pierwsze zwycięstwo.

Dzieciaki trochę się ogarniają po pierwszym meczu i kolejne dwa wygrywamy bez większych problemów 5:0 i 4:0. Widać ustawienie z dwoma permanentnymi obrońcami, którzy w końcu trzymają pozycję dało wyniki.

Dzień drugi, klasy szóste

Te same szkoły przyjechały ze starszymi dziećmi. Obserwuję mecze poprzedzające nasz i co widzę, co ja widzę?! Co druga szkoła zaczęła grać systemem z dwoma obrońcami. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

3;1, 4:1, 4:0. Pełen profesjonalizm. Kobiety z gazety przyszły, przeprowadziły wywiad, uścisk prezydenta miasta, zdjęcie z ministrem sportu. Szara koszula i krawat, minister w dresach sportowych (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■) Biały diabeł stał się bożyszczem tłumów.

Dzień trzeci, finały dla klas czwartych i szóstych

Tu już się pisze historia, moi drodzy, cztery najlepsze drużyny z każdej grupy awansowały do fazy pucharowej, żeby zagrać w półfinale. Nie mamy takiego dużego auta, żeby zabrać wszystkich uczniów, teraz do tego mamy dwie drużyny, farmerzy wiozą nas jakimiś busikami, do tego cała kadra nauczycieli jedzie w autach, wielki dzień dla szkoły, dyrektor w skowronkach.

Zaczynają czwartoklasiści. Liam strzela lub asystuje przy każdej bramce, młody poczuł po pierwszym dniu wiatr w żaglach i awansujemy do finału wygrywając 3:0, wszyscy na mnie patrzą, więc staram się nie zesrać i nie cieszyć z bramek za bardzo.

Nie napisałem wam najlepszego, my nie mamy tylu chłopców, żeby grali wszyscy, więc mamy dziewczyny w składzie, ale jakie... Czwarte klasy w całym turnieju straciły tylko trzy bramki, na obronie mieliśmy laskę, która nawet czasem ustawiała tego herszta klas szóstych, a mnie gryzła, co ona robiła na obronie, to był aborygeński Jacek Bąk, do spółki z Endżelem, który był przerośnięty jak na swój wiek, byli nie do przejścia. W finale Liam szaleje i strzela trzy bramki, przy wyniku 4:1 zarządzam system 5-0-0, nie słyszę słowa sprzeciwu ani żadnych grymasów, murujemy bramkę. Wygrywamy mecz o mistrzostwo ze szkołą molochem, w której uczniów liczy się w tysiącach. Kumacie, szkoła w dżungli, która ma niecałe 50 i musi brać dzieci z klas niższych i dziewczynki? Która trenowała jedną piłką coca-coli? W czasie podawania ręki z ich trenerem zakładam, że miałem taką minę ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Półfinał klas szóstych to inna historia, zaczęło padać, porwało baldachim sędziowski i ogólnie piekło się zrobiło. Moi po sukcesie młodszej klasy odlecieli i do przerwy przegrywaliśmy 0:2. Do końca meczu udało nam się przy ustawieniu 1-1-3 zrobić wynik 2:2.
Niestety w karnych rozgrywanych systemem nagłej śmierci herszt szóstoklasistów, który dla mnie był pewniakiem, trafił w słupek, a zawodnik z drużyny przeciwnej w bramkę. Tak jak on często gnębił kolegów i młodsze dzieci, tak tym razem sam mógł zasmakować tego uczucia. Został nam mecz o trzecie miejsce, gdzie w miejsce herszta wprowadziłem Krystiana. Herszt po niestrzelonym karnym nie mógł się opanować i musiałem go posadzić, bo nie był w stanie grać i myśleć. Po przerwie doszedł do siebie i w meczu o trzecie miejsce strzelił trzy bramki i wygraliśmy go 5:0 zgarniając brąz.

Dwa cenne trofea pojechały do Caotun. Mnie czekał potem wywiad z krajową telewizją, która przyjechała do naszej wioski, kazali mi odpowiadać na głupie pytania, spodziewałem się: "Co sądzisz o piłce na Tajwanie?", "Jak się odnajdujesz w roli nauczyciela angielskiego?", zadali mi: "Czy masz tu dziewczynę?" i "Co lubisz jeść?". Potem musiałem przed kamerami pokazać kilka sztuczek technicznych, na szczęście nic nie spierdzieliłem. Potem wyświetlili to w tamtejszej Panoramie, przypał straszny swoją mordę oglądać i jakieś urywki z całego trzygodzinnego materiału. W kilku gazetach zdjęcia i inne takie rzeczy.

Co kończy tą hollywoodzką historię, a co mnie zawsze napawa smutkiem to fakt, że samolot powrotny miałem 20 maja, już nie mogłem tego przebookować z kilku osobistych powodów, a turniej finałowy (tylko dla zwycięzców, klasa czwarta) odbywał się 22 maja w Tajpej.
16 najlepszych zespołów z 16 województw w kilku kategoriach wiekowych. Moja największa przygoda trenerska i pewnie ostatnia kończy się w takim momencie... Dowiedziałem się potem przez Skype, że udało im się wygrać jeden mecz z czterech w fazie grupowej i tam skończyli swoją przygodę w stolicy. Czasami zastanawiam się co by się stało, gdybym pojechał tam z nimi.

Z grupą dzieciaków z serca dżungli, które pojechały na finały i dały z siebie wszystko.
Do dziś jestem z nich strasznie dumny. Czasem przeglądam kartki i laurki, które każde z nich mi narysowało kiedy wyjeżdżałem i zastanawiam się, co teraz porabiają...

Oglądany: 56927x | Komentarzy: 36 | Okejek: 664 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało